Shandow delikatnie odłożył nas na ziemi, po czym przysiadł obok. Rey, siedzący obok Lili zaczął wyć doniośle, a łuski Shandowa przechodziły jakby fale.W końcu smok dotknął pyskiem Rey'a, a jego futro zmieniło barwę. Był biały. A z Shandowa promieniowała radość. "Znalazłem cię. Dzięki Tobie żyje, więc odwdzięczam się, ratując je. Nie sądziłem że jeszcze żyjesz." "Dlaczegóż miałby Rey nie żyć?" Spytałam. "Odpocznijcie, a wam opowiem" Odrzekł i zakończył kontakt.
Rey zmienił kolor futra w niedorzeczny mi sposób - JAK? Najpierw zaczął wyć itd... Moje myśli przerwało wycie mrocznych."Są niedaleko" pomyślałem. Wtem znad chmur leciał ku nam biały smok. Przestraszony obudziłem In i ostrzegłem biegnącą ku mnie Lili. Dziewczyny schowały się, ale Rey pozostawał w miejscu i tylko radośnie patrzył w niebo. - Rey, chodź tu! - krzyknęła za mną Lili. Ale ten jej "wielki miłośnik" nawet nie zwrócił na to uwagi. Przymknęliśmy prowizoryczne okna i drzwi i patrzyliśmy co się stanie. - On ma w łapach Shidę i małą - szepnęła wstrząśnięta In.To była prawda. Ale Shida była bardzo zmęczona, a Venaia chyba zemdlała. Zapytałem In, o co chodzi. - Nie wiem, trudno nawiązać kontakt, bo ten smok broni ich myśli - odparła In. - Czyli możemy się spodziewać wszystkiego - odetchnąłem i patrzyłem na to, co się dzieje na zewnątrz.
Z nieba leciały pierwsze płatki śniegu. Ze szczytu góry widziałem to wszystko. Krainę. Krainę która miała się ułożyć pod kołdrą śnieżnego puchu. Teraz miałem zadanie. Na moich skrzydłach spoczęła warstwa śniegu. Uniosłem skrzydła do góry tym samym zsypując śnieg. Leciałem chyżo i wyczuwałem, jak młoda wilczyca opada z sił. Sam byłem zdziwiony, że dała radę wyleczyć postrzelonego pisklaka. Korzystając z jej wspomnień kierowałem się ku obozowisku wilków. Wylądowałem, przed tym, którego szukałem. Przed tym, któremu uratowałem wówczas na skraju wulkanu życie.To on mnie stworzył... Lecz w przeciwieństwie do ostatniego spotkania miał białe futro. Tak, to był on. Amulet zmienił nas obojga. A ja mam zapobiec zniknięciu mojej rasy z Ziemi.
"Nie damy rady dolecieć do chat. Ona tego ni przeżyje" Nawiązałam kontakt z Shandowem. "Lądujemy" rzucił i powoli zaczął od prądu do prądu powietrznego się zniżać. Co chwila przekazywałam Venai drobną porcję energii. Wreszcie wylądowaliśmy. Wzięłam na ręce smoka i zaczęłam nucić zaklęcia. Najpierw, powoli wyciągnęłam grot strzały. Podałam go Shandowowi. "To strzała mrocznych" Następnie skupiłam się na oczyszczaniu i zasklepianiu rany. Wreszcie wykończona skończyłam. "Dasz rade zanieść mnie i małą?" "Raczej tak" Wziął mnie i pisklaka delikatnie w potężne łapy i poszybowaliśmy w stronę obozowiska.
Zaczęliśmy jeść. W jaskini panowało ciepło. Jednakże ciągle czułem chłód przeszywający mą skórę.
Wstałem. Chciałem podejść bliżej do Lili. Podniosłem łapę i wtedy zobaczyłem. Zostawiam białe ślady
-Co to?!-spytałem
-Nie wiem-wilczyca dotknęła tego nosem.- Chyba śnieg?
-Czyli, że...-popatrzyłem na wyjście. Zaczął padać śnieg
Przystanęliśmy pod drzewem. Był piękny dzień. Byłam pewna, iż nic mi go
nie zepsuje. Pocałowałam ukochanego i uśmiechnęłam się. Ten ścisnął mą
łapę i również się uśmiechnął. Wróciliśmy do watahy. Nuki nie było w
jaskini, więc mieliśmy czas tylko dla siebie. Podałam mu jedzenie i
usiadłam obok niego. Zaczęliśmy jeść.
Rey?
Czułem się inaczej... Czułem, iż jestem w stanie zrobić wszystko. Nie
czułem bólu, nie cierpiałem. Wstałem. Nie miałem pojęcia co się stało.
Lecz nagle... nagle ujrzałem obok konającą Aishę. Zrozumiałem co
zaszło... Moja przyjaciółka oddała za mnie życie! Nie mogłem pozwolić,
aby umarła... i to przeze mnie. Leżała teraz nieruchomo na ziemi, pod
postacią wilka. Musnąłem łapą jej policzek;
- Aisho, nie pozwolę, abyś umarła... Przysięgam! - zarzuciłem wilczycę na grzbiet.
Biegłem najszybciej jak mogłem, ażeby ma przyjaciółka jak najszybciej
znalazła ukojenie. I nie chodziło tu o śmierć. Jeszcze oddychała i choć
nie był to oddech normalny, jeżeli można nazwać coś czymś "normalnym",
był on płytki i wolny. Nie mogłem pozwolić, aby wadera tak bliska mojemu
sercu umarła. I choć nie kochałem jej tak, jak ona Severusa, kochałem
ją tak, jak kocha się siostrę, czy brata. Była ona wilczycą, która mnie
rozumiała, a ja rozumiałem ją. Wbiegłem do chatki jej partnera -
Severusa. Nie było go w swym domku, więc musiałem działać instynktownie.
Wiedziałem, że gdy Severus się o tym dowie, pewnie mnie udusi, ale
miałem to gdzieś. Teraz liczyła się moja przyjaciółka. Odłożyłem waderę
na podłogę, a sam zacząłem nerwowo przerzucać kartki w księdze mikstur. W
końcu, ku mojemu zdziwieniu, ujrzałem to, czego szukałem. Wstąpiła we
mnie nadzieja. Wyrwałem tą kartkę, i zacząłem szukać składników. W końcu
uzyskałem wymarzoną miksturę. Nie miałem pojęcia, czy zadziała, ale
gorzej już być nie może... Przerzuciłem Aishę na drugi bok, a ja
rozwarłem jej pysk i wlałem wywar. Po upływie dwóch, trzech minut, Aisha
zaczęła się przebudzać. Ucieszyłem się wielce, że mi się udało. Jakież
było jej zdziwienie, gdy ujrzała światło dzienne. Chwyciłem ją za łapę, a
ona spojrzała na mnie niewyraźnie. Musnąłem jej pysk nosem i
uśmiechnąłem się. Byłem szczęśliwy. Szczęśliwy, że ktoś taki jak ona
będzie ze mną jeszcze przez lata.
Aisha?