sobota, 17 stycznia 2015

Od Dixita - cz. II

Zamrugałem ze zdziwienia.
- Viria? Jakim cudem ty tutaj...? Od kiedy w ogóle...? Tak dawno cię nie widziałem - zakończyłem moją dość chaotyczną wypowiedź.
Dziewczyna podeszła do mnie i objęła czule.
- Tęskniłam za tobą, Dixit - rzekła - ale nie mamy czasu na czułostki. Mroczni mogą nas zaatakować w każdej chwili. Tak w ogóle co ty tutaj robisz?
- Mógłbym zadać ci to samo pytanie. Jestem zwiadowcą. Moim obowiązkiem jest...
Zamilkłem, kiedy położyła palec wskazujący na moich ustach. Ruszyła niczym cień, przemykając po miękkiej trawie.
Stąpaj najciszej jak możesz - Viria połączyła się ze mną przez myślowe łącze. Poczułem się lekko skonsternowany.
Przecież idę.
Ciiiiiicho.
Dobrze, już dobrze.

Wysłałem myśli przed siebie. Byliśmy w samym środku terytorium Mrocznych. Napawało mnie to grozą.
Nagle Viria się zatrzymała.
- Tutaj jesteśmy bezpieczni, nikt nas nie usłyszy. - Rzuciła zaklęcie, nie pozwalające nikomu nas słyszeć i widzieć. - Wiem, że od bardzo dawna nie byłem na naszych terenach i nic nie wiesz o... ataku.
Zalał mnie fala przerażenia.
- Ataku? O czym mówisz?
- Zaatakowano nas. Uciekłam jak ostatni tchórz. Nie wiem co się stało z resztą. Byłem wtedy na zwiadzie Ziemi Niczyjej i terenów Mrocznych. Nie mogłeś o tym wiedzieć. - Po jej policzku spłynęła łza. - Ja mogłam pomóc. Ale uciekłam. Dlaczego? Dlaczego zawsze brakuje mi odwagi, by bronić tych, którzy są moją rodziną?
Rozpłakała się. Padliśmy na ziemię przykrytą cienką warstewką białego puchu, pierwszego w tym roku. Objąłem ją.
- Ciii... Spokojnie, Virio.
Przełknęła łzy.
- Jak mam być spokojna?! - wrzasnęła. - Nie wiem, czy alfy i bety żyją... Carmen, Jasper, Aisha, Aragorn... Przecież byli nam obojgu bliscy! Kochałam ich, byli moją rodziną! A ty..? - zamilkła, krztusząc się łzami.
- Dzisiaj jest niepewne - powiedziałem, czując wszechogarniającą bezsilność. - Jutro może być lepsze. Wystarczy tylko uwierzyć, Virio. Kocham cię i zawsze będę cię kochał. Otrzyj łzy. Zawsze będę twój, a ty będziesz moja. Mamy siebie nawzajem. To najpiękniejsze uczucie na ziemi. Mamy tylko siebie. I obiecuję ci, że zrobię wszystko, by ratować honor watahy, ktokolwiek odważył się ją zaatakować.
Nachyliłem się i dotknęłam wargami jej ust. Były słone od łez. Po chwili pocałowała mnie gwałtownie, jakby ten gest miał uratować jej życie, był drogą do szczęścia. Odwzajemniłem ten smutny gest.
- Obiecuję, że będę cię chronił. Do końca.
- Nie. Nie chcę, byś umierał.
Objąłem ją.
Lekkie, ledwo słyszalne kroki.
Stopy, miażdżące pierwszy śnieg.
Odwróciłem się. To Mroczni.
- Oni są Zaklętymi - rzekł z pogardą jeden z nich. Otoczyli nas. - Tchórzliwe szczury. Nie odważyliście się walczyć za waszą watahę. Cóż, nie będziecie mieli już okazji. Wataha nie istnieje.
Viria zadrżała w moich ramionach.
- Stul pysk, wszawy draniu - syknęła. - To twoja sprawka?
- Ha, odważyła się odezwać. Jestem dowódcą jednego z oddziałów, ale to alfy rozprawiły się ostatecznie z wami. A teraz schylcie głowy przed Yarem Czarnoszponym, bym mógł skrócić wasze słabe ciała o głowy.
Nie wytrzymałem.
Jestem bezmyślny.
Rzuciłem się na Yara, rozrywając mu ognistym ostrzem łydkę. Mroczny nawet nie drgnął. Wyciągnął miecz z pochwy i zamachnął się na mnie. W tym samym czasie Viria uporała się z trójką Mrocznych. Byliśmy szybcy. Może nawet zbyt szybcy. Pozostał tylko Yar, Viria i ja.
- Pozwól, młodzieńcze, że wpierw zajmę się twoją ukochaną. Patrz, jak ginie w męczarniach na twoich oczach.
- Nigdy - warknąłem. Rzuciłem się na Mrocznego, zamieniając się w powietrzu w wilka. Dosięgnąłem jego gardła, lecz on zrzucił mnie z siebie. Przywołałem magię, a on poszedł w moje ślady. Nasze moce ścierały się w powietrzu, trzaskając przeraźliwie. Wrzasnąłem, uwalniając magię. Już odczułem smak triumfu, kiedy zobaczyłem, że Yar odbija moje zaklęcie. Trafiło w bok Virii.

C.D.N.

{Wiem, że beznadziejne. Następne będzie lepsze}

piątek, 16 stycznia 2015

Od Aragorna - cz. I

Wiele razy zastanawiałem się jaka śmierć mnie spotka. Ta część mnie, która kryła w sobie duszę wojownika pragnęła zginąć w walce, przelewając krew za ojczyznę. W blasku chwały jako bohater, wielbiony i żyjący wiecznie w pamięci Zaklętych.
Jednak... ta druga część mnie, ta dla której największą wartością była rodzina i Arven wolała umrzeć śmiercią naturalną, po wielu latach szczęśliwego życia z bliskimi. Umrzeć gdzieś pod cichym nieboskłonem, wsłuchując się w ciszę i śpiew gwiazd, które kołysałyby mnie do snu. 
Nigdy nie pomyślałbym, że mogę zginąć marną śmiercią i że nikt o mnie nie będzie pamiętał. Nie zniósłbym myśli, że dla ogółu byłbym niczym innym tylko kolejną osobą, która… Przegrała. Której… po prostu się nie udało. 
A przede wszystkim nigdy nie domyśliłbym się, że może mnie zabić osoba, której ufałem i której zawierzyłbym własne życie.

Bo los lubi igrać z duszami ludzkimi. 


***
Koszmary. Niewypowiedziana groźba, skryta wrogość. W ciemności przemykają bezimienne cienie, ich oczy spoglądają zimno. Są pełne wyrafinowania i chłodu ukrytego pod maską sztucznej uprzejmości. Migocze w nich rozbawienie pełne pogardy i tłumionej pobłażliwości. Oczy te, wrogie a zarazem zupełnie obojętne taksują mnie i oceniają. Ważą na srebrnej szali wady i zalety, a od ich werdyktu zależy mój los.
Ciszę przeplata syk węży. Pełzną po podłodze, czuję ocieranie się ich nagich ciał o skórę, kiedy krążą wokół mnie. 
Tkwię w otchłani, zawieszony między rzeczywistością, a one wiją się pode mną w śmiertelnych splotach oczekując na mój niechybny upadek. A wiem że upadnę. Nie mogę rozwinąć skrzydeł, ciemność napiera na mnie ze wszystkich stron.
Usiłuję rozpostrzeć skrzydła i uciec przed tym co nieuchronne, ale ból przeszywa moje plecy i spadam spiralą ku ziemi. Z moich ust wydziera się nieludzki wrzask, a węże syczą pogardliwie. 
Krzycz, krzycz, Synu Zaklętych, szepczą. Tylko to ci pozostało.
Czuję, jakby ktoś odarł mnie ze skrzydeł i rzucił obnażonego w otchłań. A potem istnieje tylko ciemność. Ciemność, w której cisza koi rany, a nie je zadaje. 


***

CDN


piątek, 9 stycznia 2015

od Aishy - cz. III

Powrót był bolesny. 
Czy tak powinien wyglądać domOpustoszałe ziemie znad których unosił się ciężki zapach strachu, krwi i dymu. Pozbawione zwierzyny, zamieszkałe jedynie przez trawione chorobą wilki, które pogodziły się już z utratą dziedzictwa. 
Marny dom… ale dom. 
Z pozoru nic się nie zmieniło. Łąki, lasy, wzgórza przyprószone były białym puchem. Krystaliczne niebo wznosiło się wysoko niczym korona wieńcząca głowę króla. Złotawe promienie słońca przemykały figlarnie między gałęźmi drzew. Wysokich, strzelistych drzew… 
Wszystko się iskrzyło i promieniało pięknem. 
Jednak komuś kto był częstym bywalcem tych terenów nie mogły ujść uwagi drobne, lecz przytłaczające zmiany. Ciszy nie przerywał stukot racic jelenia ni szczebiot ptaków. Wszystko zamarło, jakby wojna wyssała zeń kolory i życie. Jedynym co barwiło krajobraz były plamy krwi, która kalała biel śniegu. 
…Krwi, która była jeszcze świeża. 
Mimowolnie się wzdrygnęłam. Przelew krwi był na wojnie nieunikniony, jednak tym razem miałam dziwne wrażenie, że plamy czerwieni na śniegu nie spowodowali Mroczni. W powietrzu unosiło się dziwne napięcie, dużo bardziej niepokojące niż w ostatnich dniach. Coś się działo. Coś złego. Czułam to w każdym milimetrze ciała napiętego do granic niemożliwości. 
Nagle ciszę przerwał skowyt bólu i niewysłowionego cierpienia. Odbijał się echem po okolicy, zdawało się, że rozbrzmiewa wszędzie, jest coraz głośniejszy. Nagle, tak samo niespodziewanie jak się pojawił okrzyk urwał się i na powrót zaległa cisza. 
Pełna wahania stałam nad rozpościerającą się u moich stóp plamą szkarłatu. Wiedziałam, że jakiś wilk może teraz powoli wykrwawiać się na śniegu, jednak po raz pierwszy moje serce dopadł strach. Było inaczej. A nieznane powodowało lęk. 
Skowyt znów zabrzmiał jednak tym razem był dużo słabszy. Pobrzmiewała w nim rezygnacja i zarazem było tam coś znajomego… 
I w tym momencie zdecydowałam. Skoczyłam w powietrze i rozpostarłam skrzydła wzbijając się coraz wyżej, aż w końcu miałam w zasięgu wzroku całe tereny Watahy. Przygnębiło mnie jak posępnie wyglądają, choć ośnieżone i iskrzące się w słońcu. Potężne połacie łąk były puste, nigdzie nie widać było zwierzyny, jedynie czystą biel… Z jednym małym wyjątkiem. Na skraju lasu leżał ciemny kształt wyraźnie odznaczający się na tle śniegu. Skierowałam się w tamtym kierunku, zapamiętale zagarniając powietrze skrzydłami. Jeszcze trochę… Zanurkowałam ku ziemi, a zarys ciała stał się widoczniejszy. To był wilk, czarny o zmierzwionym i zakrwawionym futrze. Miał zamknięte oczy i zdawał się nie oddychać. I było w nim coś… znajomego. 
Wylądowałam ciężko i zdyszana podbiegłam do bezwładnego basiora. I nagle prawda uderzyła we mnie z całą swoją mocą wypierając dech z piersi. Choć krew sprawiała, że trudno było go rozpoznać ani przez chwilę nie zwątpiłam, że to on. Jedno, poszarpane białe skrzydło, stapiające się z bielą śniegu… Drugie, krwistoczerwone na którym leżał sterczało pod dziwnym kątem. 
Mój brat.
Moja dusza. 
Miał przymknięte powieki i na myśl, że już nigdy nie zobaczę jego figlarnych, złotych oczu ścisnęło mnie w gardle. Jego pierś, poznaczona długimi smugami czerwieni nie poruszała się. Jak mogłam się spóźnić? Nie, po pierwsze, jak mogłam się wahać? Jak mogłam choć chwilę zwątpić w ratunek innemu wilkowi? Jaka ze mnie Beta, skoro nawet nie umiem pomóc własnemu bratu
Lata temu, kiedy po raz pierwszy się zakochałam i okazało się, że obiekt moich uczuć nie jest mną zainteresowany załamałam się. Przez kilka dni rozpaczliwie płakałam, nie byłam w stanie normalnie funkcjonować. Dopiero kiedy Aragorn stwierdził, że taka beksa jak jak nie nadaje się na wilka dotarło do mnie jak głupio się zachowywałam. Co prawda, pamiętam, że rozwścieczona przytykiem brata omal się na niego nie rzuciłam, ale to właśnie gniew mnie ocucił. Wiedziałam, że Ar nie chciałby, żebym za nim rozpaczała, ale nie potrafiłam powstrzymać łez. Szloch wstrząsnął moim ciałem, a z ust wydobył się jęk bólu. Niezdarnie położyłam się koło wilczura i wtuliłam pysk w jego zakrwawioną sierść. Mnóstwo myśli przemykało przez moją głowę, ale nie byłam w stanie przyjrzeć się im z bliska. Ciągle powtarzałam jedno zdanie. Zdanie, które łamało mi serce na miliony szklanych odłamków.
On tyle dla mnie zrobił, tyle razy poświęcał się za mnie i oferował mi pomoc, przytulał kiedy wracałam poddana po kłótni z Severusem… Razem stawialiśmy pierwsze kroki, razem upolowaliśmy naszą pierwszą ofiarę. Byliśmy drużyną, która wspomagała się nawzajem i która nie mogła istnieć bez tej drugiej osoby. A ja… ja go zawiodłam
Zawiodłam osobę, która bez wahania oddałaby za mnie życie i poświęciłaby własne szczęście, żebym tylko ja była szczęśliwa. 
Jedyną osobę, która potrafiła mnie zrozumieć… 
Jedyną osobę, która pomogła mi przetrwać, kiedy wszyscy inni się odwrócili…

Jedyną osobę, która we mnie wierzyła, kiedy Severus mnie opuścił… 
Jedyną osobę… 

CDN


niedziela, 21 grudnia 2014

od Aishy - cz. II

Mróz kąsający moje drobne, wyziębione ciało stał się nieodłącznym druhem. Jego obecność była się dla mnie tak oczywista, że po pewnym czasie przestałam go odczuwać. Gdzieś na pograniczu umysłu rejestrowałam ból zdrętwiałych kończyn i dotkliwy, żrący chłód jednak miałam wrażenie, że jest trochę jak kolec wbity w łapę. Utrudniający życie i irytujący, ale charakteryzujący się tym, że w pewnym momencie o nim zapominamy.
Kwestia przyzwyczajenia.
Przemierzając nagie i zmarznięte połacie nieurodzajnej ziemi czułam pewien rodzaj ulgi. Nie byłam pewna dokąd zmierzam i jaki cel ma moja mordercza wędrówka, ale miałam wrażenie, że idąc przed siebie zdążam do jakiegoś celu. Nie wiedziałam, co się nim okaże. Moja zguba czy może zbawienie? Czy wolałabym tu zostać i uwolnić się od wszelkich problemów, czy może raczej wrócić i stawić im czoła? Nie miałam już siły na bycie bohaterką, ale gdzieś w głębi serca wiedziałam, że jako Beta powinnam dawać przykład, a nie dezerterować z wojska. Powinnam teraz dodawać otuchy swoim bliskim i poddanym, pocieszać ich i omawiać strategię walki. Co z tego, że to nic by nie zmieniło, a usilne próby ogarnięcia sytuacji zakończyłyby się jedynie jeszcze większym zagmatwaniem? Może było to jednak lepsze niż snucie się bez sensu na końcu świata, bez nadziei, może z jedną tylko - by wkrótce skończyć swój nędzny żywot? 
Odgoniłam uciążliwe myśli i zmrużyłam oczy kiedy podmuch wiatru rzucił we mnie garść wirujących płatków śniegu. Przygryzłam wargi zastanawiając się niechętnie nad perspektywą śmierci pod zaspami białego puchu. Może i ostatnio moje poczucie humoru w związku z wojną nieco ucierpiało, ale i tak nie zamierzałam zginąć tak marną śmiercią. Było to poniżej mojej godności, chociaż i tej wojna nieźle dała się we znaki. Przystanęłam i spojrzałam z cichą pretensją w niebo. Dlaczego śnieg zaczął padać akurat wtedy kiedy chciałam zrobić tak znaczący krok w kierunku mojej przyszłości? Nigdy nie byłam perfekcjonistką, ale zaczęło mnie drażnić, że natura wyraźnie się ze mnie naigrywa chcąc zepsuć plany śmierci idealnej z dala od wszelkich problemów i morderczych wilków. Spojrzałam z tęsknotą przed siebie. Ach, gdyby tak móc po prostu zasnąć i już nigdy się nie obudzić, przemknęło mi przez myśl. Unieść się gdzieś w górę niczym czarnoskrzydły anioł po czym opaść w dół tak szybko jak zapada się w sen.
~ Trochę bezsensowne jest powtarzanie tych samych motywów, posłyszałam gdzieś głos na pograniczu umysłu. Wzdrygnęłam się i nerwowo rozejrzałam po okolicy. Nie dość, że musiałam podjąć decyzję w kwestii mojego życia, dodatkowo miałam halucynacje. Wymarzony koniec Bety i sławnej Alchemiczki - zostać zasypanym przez śnieg to jeszcze nic, ale żeby pod koniec życia dręczyły cię głosy i halucynacje? 
Ciekawe kto wymyślił takie pokręcone zakończenie.

sobota, 6 grudnia 2014

od Aishy - cz. I

Świat na którym żyłam uległ przemianie.
Walka, którą dotychczas traktowałam jako pełny honoru pojedynek stała się brutalnym starciem sił. Nie istniały zasady, tradycje według których mogłabym postępować, na które mogłabym się powoływać. Wszystko co znałam zmieniło się. Teraz liczył się tylko spryt, zwinność i ostre kły. Ginęła przyjaźń, miłość, więzi międzyludzkie. To co było kiedyś dla nas życiowym mottem poszło w zapomnienie wobec groźby śmierci. Każdy ratował jedynie własną skórę, egoistycznie odmawiając pomocy innym, tchórząc i uciekając. 
Mimo, że rządy w Watasze obejmowały najpotężniejsze wilki wszech czasów, większość członków zaczęła się łamać. Jutro było niepewne. Dziś mogliśmy jeszcze polować, pełni wigoru i życia ganiać zwierzynę, a już jutro mogliśmy leżeć bez tchu pod cichym sklepieniem nieba. Samotni, bo komu byśmy byli potrzebni, skoro sami wyzbyliśmy się przyjaciół? 

Była zima. Naokół panowała cisza i bezruch. Nagie, strzeliste drzewa wyciągały swe zmarznięte dłonie ku niebu, jakby w niemej prośbie o litość. Las zdawał się mienić od śniegu, który pokrywał ziemię, drzewa, iskrzył się wirując w powietrzu. Był to tak piękny obraz, że przez moment uległam wrażeniu, że wojna była tylko snem i że wszystko skończyło się dobrze. Odetchnęłam cicho. Wiedziałam, że to tylko pozory, a niedaleko stąd czai się śmiertelny wróg, jednak jak każdy członek Watahy pragnęłam uwierzyć w widok, który się przede mną rozpościerał. Wolna, piękna, pełna zwierzyny i wilków Wataha. Na moje usta mimowolnie wypłynął uśmiech. Zdziwiona zamrugałam oczami. Niemal zapomniałam jak to jest uśmiechać się i oddychać pełnią życia bez obawy, że ktoś mnie zaraz zabije. Cichy głosik w moim umyśle podpowiedział mi szeptem polowanie. Wyobraziłam sobie jak pędzę, a moją sierść przewiewa ostry wiatr, jak chwytam ofiarę i czuję ciepło jej świeżej krwi w pysku. Już miałam oddać się tym marzeniom i zrealizować je kiedy tknął mnie nagły niepokój. A co jeśli to podstęp? Jeśli ktoś z zewnątrz CHCE, żebym porzuciła ostrożność? Rozsądek kazał mi wracać do jaskini, jednak serce łaknęło powiewu wolności. "Ten jeden raz zaryzykuję, pomyślałam. Nie mogę wiecznie tkwić spętana trwogą". Z tą myślą poddałam się impulsowi chwili, a moje nogi same wpadły w rytm galopu. Ostry śnieg szczypał moje łapy odepchnęłam się więc od ziemi i rozpostarłam skrzydła. "Dziś będę łamać wszystkie reguły, pomyślałam. "Dziś nic nie będzie takie jak na ogół"


Skrzydła zaniosły mnie daleko poza tereny Watahy, gdzie powietrze było czyste, a ziemia nieskalana morderstwem. Pusta kraina, pozbawiona przyjaciół i wrogów, rządząca się jedynie prawem natury. Pusta, tak samo jak pusta jest biel. Ostra, rażąca po oczach, a jednocześnie obojętna w swej nieskazitelności i odrzucająca. Kiedy widzę białą kartkę, chcę ją pokolorować, by była radosna i ciepła, mieniąca się różnobarwnie. Kiedy widzę samotnego człowieka, pokrzywdzonego przez los chcę go pocieszyć. Jednak nigdy nie należy posuwać się za daleko. Zbyt wiele kolorów stworzy chaos, a każda przyjaźń może zmienić się w nienawiść. Dlaczego więc to miejsce mnie odrzucało? Było niczym ta kartka, bezsensownie osamotniona, bezbarwna. Nic nie znaczyła. Nie miała zostać pokolorowana, ale nie miała też zostać zniszczona. Więc czy aby na pewno ten brak był zły? Może czasem samotność jest lepsza od przyjaźni? Od miłości? Nie narażamy się, nic nie ryzykujemy. Ryzykujemy jedynie siebie, swoją duszę i serce, które samotność może przeżreć. Ale nie ludzi, którzy nas pocieszali. Nie ludzi, którzy oddali nam WŁASNE serca i WŁASNE dusze.

Oddychając cicho wylądowałam i spojrzałam na otwartą, rozciągającą się przede mną przestrzenią. Zimne, spłowiałe trawy, delikatnie okryte szronem rozciągające się aż po horyzont. Tak, tutaj nikt mnie nie odnajdzie. Nikt mnie już nie skrzywdzi. Bo sama dopełnię końca. 



piątek, 21 listopada 2014

Od Dixita - część I


W pewnym momencie nocy narastający niepokój stał się wręcz namacalny.
Gęsty las, bujający swe drzewa w rytmie wiatru nagle ucichł. Świerszcze cykające cicho blisko jeziora zamilkły. Po nieboskłonie leniwie przesuwały się ciemne chmury, zasłaniając rażące światło księżyca.
Powietrze znieruchomiało, zastygło niczym gorąca lawa wytryskująca z wulkanu. Stęchło, jakby nie chciało przeszkodzić nikomu swymi podmuchami.
Leżałem w ludzkiej postaci w krzakach nad jeziorem. Nie wiem czemu tutaj przyszedłem. Chyba jedynie poto, by się poniepokoić.
Bardzo mi tego brakowało.
jako zwiadowca watahy byłem zobowiązany do regularnego przeczesywania terenu. Cóż, obowiązki trzeba spełniać. Ostatnio dużo też się mówi o Mrocznych i smokach... Nie. Nie mogę o tym teraz myśleć. Musze skupić się na zadaniu.
Bezszelestnie podniosłem się z liści i przeczołgałem się do kolejnego krzaka. Pff. Takie podchody. Ale w końcu byłem na terytorium Mrocznych. Ostrożności nigdy za wiele.
Ledwo poczułem, gdy coś mokrego wylądowało mi na dłoni. Śnieg? Najwyraźniej pierwszy w tym roku.
Sunąłem po ziemi ochraniając się magią przed narastającym z każdą chwila chłodem. W końcu moim żywiołem jest ogień. Chłód może tylko pogorszyć sprawę.

~*~

Las na nowo począł szumieć znajomym szeptem liści i traw. Znajdowałem się całkiem niedaleko jednej z kryjówek Mrocznych. Ale jestem głupi. Zagłębiam się w tereny Mrocznych sam, w pojedynkę. Większej głupoty nie potrafiłem sobie wtedy wyobrazić. Podniosłem się z ziemi, czując, jak bardzo moje ubranie jest brudne i ubłocone. Sięgnąłem po magię. Otoczyłem się tarczą obronną z niewidzialnego ognia i ruszyłem w stronę jaskiń. Czułem, że świt nadejdzie za niedługo, za jakieś dwie, trzy godziny. Muszę się spieszyć. Przed wschodem słońca powinienem być na naszym terenie. Wysłałem przed siebie myśli, próbując wykryć potencjalnych napastników. Przede mną kryło się co najmniej pięć rosłych basiorów od Mrocznych, zapewne jedni z obrońców terytoriów. Jeden patroluje, inni śpią. Niezbyt wygodna dla mnie sytuacja, a nie sposób dostać się inną drogą. Przygotowałem w dłoniach ogniowe pociski i wycelowałem w wejście groty. Ogień pruł prze powietrze w wyznaczonym kierunku... i nagle zawisł w powietrzu. Oszołomiony tak szybką reakcją przeciwnika wycelowałem atak łukiem ognia. Także ten atak został błyskawicznie rozbrojony. Jak...?
- Możesz już przestać, Dixit.
Potrząsnąłem z niedowierzaniem głową na dźwięk znajomego głosu.
Przede mną w wejściu groty stała Viria w ludzkiej postaci a za nią leżący bez życia obrońcy Mrocznych.

C.D.N.

piątek, 24 października 2014

od Keiry - cd. Aceiro; do Aceiro

W wietrze wyczuwało się złowrogą nutę. Ostre, natarczywe podmuchy szarpały moje włosy plącząc je i zasłaniając twarz. Oczy, załzawione z wysiłku utkwione były w nikłej linii horyzontu, na której - o niedolo - nie widać było nic ponad spalone wiatrem trawy i skarlałe, wysuszone krzewy jawiące się wśród tego pustkowia niczym kaleki. Zmarznięte, stwardniałe dłonie opierałam o gorącą, spienioną od potu szyję ogiera, ale co dziwne nie czułam rozgrzewającego ciepła konia, lecz pełznący od karku lodowaty powiew. Moje usta drżały, niczym w agonii, zgarbione plecy bolały, a tymczasem Zmienny galopował coraz wolniej. W pewnym momencie smukłe nogi ugięły się pod nim i runął na tą jałową ziemię, grzebiąc się w tumanach pyłu i piachu. Dysząc spazmatycznie wyswobodziłam przygniecioną nogę spod ciała konia i przyklęknęłam przy nim. Zlęknione serca biły w jednym, tym samym, przestraszonym rytmie. Oddechy zmieniały się w parę, oczy pełne łez wysiłku, wiatr szarpiący nasze ciała. 

Za to ostatnie poświęcenie.

Wyciągnęłam ciężki, spiżowy sztylet.
Błagalne spojrzenie Zmiennego.

Powoli oddychając wyjęłam go z pochwy.
Niedowierzenie.

Spojrzałam w tą samą, niezmienioną przez czas głownię zastanawiając się ile czasu minęło od kiedy ostatni raz go używałam.
Niepokój.

Chyba dużo.
Rozdzierające, proszące rżenie.

Wstałam i uniosłam sztylet do góry. 
- To dla twojego dobra, Nihet. 
- Zdrajczyni.

Zdecydowałam. Wystarczył szybki ruch ręką i biała, prosta szata, w którą byłam odziana rozpadła się na dwa strzępy. Chłód szybko objął nagą skórę, zadrżałam, a w moich oczach pojawiły się łzy. Ogier zarżał cicho, z ulgą i wybaczeniem, a ja podniosłam opadłą tkaninę i narzuciłam ją na spocony grzbiet konia. 
- Żegnaj, Nihet - pocałowałam go w chrapy i spojrzałam na horyzont. Jak ja - naga, zziębnięta i bezbronna miałam uratować Aceiro? Rozwiązanie pojawiło się błyskawicznie. Przecież jestem też wilkiem… 
Już na czterech nogach ruszyłam pędem w kierunku urwiska. Nie robiłam nic sobie z wiatru, zimna ani strachu. Podołałam próbie, a teraz muszę po prostu znaleźć Aceiro. Wszystko będzie dobrze.

Aceiro? Kompletny brak weny… Nie wiem co piszę ;(