niedziela, 2 lutego 2014

od Aishy - cd. Dixita; do Dixita

Pełgające po mej sierści promienie słońca oślepiały. Chłodna kalkulacja w złotych oczach przywoływała o ciarki na plecach. Potężne skrzydła zagarniały powietrze z siłą zdolną do wzburzenia wody w rzece. Byłam przerażająca. A jednak czułam się słaba i bezbronna.

Wychynęłam z kryjówki wczesnym świtaniem. W pierwszej kolejności pobiegłam do jaskini Dixita, gdzie zostawiłam mu wiadomość wyrytą za pomocą magii w skale. Byłam pewna, że zniknie, kiedy zostanie odczytana.

"Muszę kogoś znaleźć. Jeśli chcesz zostać ze mną i towarzyszyć mi w mej misji wystarczy, że porozumiesz się ze mną mentalnie. Podam ci drogę prowadzącą do gniazda Vandrerii, gdzie wiedzie szlak mojej misji i gdzie udam się, gdy dopełnię to co muszę zrobić. Rób, co chcesz, ale pamiętaj - radzę ci wracać do watahy. I nie mów potem, że cię nie ostrzegałam.
Aisha"

Omiotłam wzrokiem napis, po czym sprawiłam by jarzył się delikatnym blaskiem i wymknęłam się z jaskini. Wzleciałam w powietrze. Miałam nadzieję, że uda mi się odnaleźć nieznajomego. Gdzieś w głębi mnie zabrzmiał cichy protest - "kochasz Severusa" - ktoś wołał wewnątrz mnie. 
"Czy aby na pewno?" - spytałam samą siebie. - "Czy aby świeże uczucie do Tamtego nie okaże się silniejsze?"

<Dixit?>

od Dixita - cd. Aishy; do Aishy

Powlokłem się do jaskinii i opadłem z westchnieniem.
"Chcesz wiedzieć, co zrobiłeś źle?", dzwoniły mi w uszach słowa wadery. "A zatem oświecę cię. Wszystko zrobiłeś źle!"
Po raz pierwszy słowa mnie zabolały bardziej niż cios. Nie wiedziałem jaki popełniłem błąd. Starałem się, jak mogłem...
Po moim pysku spłynęła samotna, błyszcząca kryształem łza, która opadła u moich łap. Wyjrzałem z jaskinii. Czułem się pokrzywdzony, a jednocześnie winny. Było to takie dziwne uczucie... Schowałem łeb do jaskinii i postanowiłem poczekać. Albo Aisha do mnie przyjdzie albo nie.
"Dlaczego życie jest takie skomplikowane?", zadałem sobie po raz setny pytanie.

Aisha?



od Aishy - cd. Dixita; do Dixita

- Powiedz mi co zrobiłem źle, że jesteś taka zrozpaczona? - rozległo się gdzieś za mną pytanie. Dźwignęłam się na nogi i rzuciłam Dixitowi wściekłe spojrzenie.
- Chcesz wiedzieć co zrobiłeś źle? - warknęłam czując jak opanowuje mnie coraz większy gniew. - A zatem oświecę cię. Wszystko zrobiłeś źle!
W oczach wilka ujrzałam skrywany ból. "Może byłam za ostra..." - przebiegło mi przez myśl i poczułam się winna. Nie zamierzałam jednak w żadnym wypadku przepraszać Dixita. O nie.
- Po co w ogóle tu przybyłeś?! - kolejna łza spłynęła po mym pysku, tym razem była to jednak łza gniewu. Basior otworzył usta, ale zobaczywszy w jakim jestem stanie dał sobie spokój. 
- Jakbyś mnie szukała jestem w jaskini za tym zakrętem - wzruszył ramionami, odwrócił się i odszedł. Ledwie znikł z mojego pola widzenia westchnęłam i opadłam na leśną ściółkę. "Czemu życie jest takie skomplikowane?" - zadałam sobie po raz setny pytanie po czym zasnęłam. Rano będę szukać nieznajomego...

<Dixit?>

od Dixita - cd. Aishy; do Aishy

- Aisha... Czemu płaczesz? - spytałem z troską, patrząc na łkającą waderę.
Wilczyca nie odpowiedziała, tylko oddaliła się ode mnie.
No tak. Znalazłem ją, ale nie chce rozmawiać. Postanowiłem zostawić Aishę w spokoju. Chce być sama. Popatrzyłem prosto w słońce, które osiągnęło najwyższy punkt na nieboskłonie, zenit. O dziwo, światło nie raziło mi oczu. Pogoda była wymarzona. Słońce, bezchmurne niebo...
Zerknąłem znów na Aishę. O co jej chodzi? Najpierw przelatuje Vandreria i wadera ucieka w las. Potem, kiedy już ją znalazłem, płacze i nie raczy na mnie spojrzeć... Czasami trudno zrozumieć innych. Odważyłem się jednak i podszedłem Aishę od tyłu.

Aisha? (Sorry, że tak krótko)

sobota, 1 lutego 2014

od Aishy - cd. Dixita; do Dixita

Obudziły mnie jasne promienie wschodzącego słońca. Niepewna tego, gdzie jestem i co robię otworzyłam oczy i rozejrzałam się niedowierzająco. Leżałam oparta o plecy potężnej białej łani, która wyczuwszy ruch momentalnie uniosła łeb.
- Coś się stało? - rzuciła mi pytające spojrzenie zobaczywszy z jakim zdziwieniem rozglądam się dookoła.
- Co ja tu... - urwałam, gdy przypomniałam sobie wczorajszy dzień. Spotkanie z Dixitem, przelot Vandrerii, wyczerpujące godziny jazdy na grzbiecie Iveyi... Westchnęłam ciężko i wstałam. Nie byłam pewna kiedy wrócę z powrotem do domu. Już teraz od rodziny dzieliły mnie kilometry znaczące swój ślad w moim życiu trudem i wyczerpaniem. Nie ujechałam jeszcze zbyt daleko, ale teraz nie mogłam już odwrócić się i stchórzyć - musiałam stawić czoła wyzwaniu, które z własnej woli na siebie ściągnęłam. Ech, życie...
Dźwignęłam się na nogi i spojrzałam na słońce. Od świtu nie minęło zbyt dużo czasu, więc tak teoretycznie przydałaby się chwila popasu, ale z drugiej strony... Nie, lepiej się pospieszyć. "Im szybciej będzie to przeszłością, tym lepiej" - pomyślałam skrycie, po czym uśmiechnęłam się do Iveyi. 
- Czas ruszać - powiedziałam na głos. Łania rzuciła mi spojrzenie pełne zdziwienia.
- Nawet się nie pożywimy? - spytała otwierając szeroko oczy. Skrzywiłam się.
- To pilna sprawa, Iveyo. Spieszę się - zerknęłam na nią w nadziei, że zrozumie. Łania skinęła głową. 
- Zatem w drogę - uśmiechnęła się wymuszenie. Odpowiedziałam tym samym.

KILKA GODZIN PÓŹNIEJ:

Pędziłyśmy przez dzikie ostępy bez chwili wytchnienia czy odpoczynku. Choć Saltus Mortem były naprawdę wytrzymałe czułam, że Iveya powoli traci siły w nieustającym biegu. Po jakimś czasie pod łanią ugięły się nogi i upadła.
- Nie mogę dalej - wydyszała. Słysząc jak bardzo chrapliwy jest jej oddech przeraziłam się. Myślałam, że potężne jeleniowate są bardziej wytrwałe. "Może powinnam wziąć jakiegoś samca?..." - pomyślałam, ale momentalnie skarciłam się w duchu. "Iveya jest przecież moją przyjaciółką. Tyle dla mnie poświęca, a ja zastanawiam się, czy dobrze wybrałam..."
- Mogę ci pomóc - szepnęłam klękając koło ledwie żywej ze zmęczenia łani. 
- Jak? - wysapała.
- Prześlę ci trochę mocy, przynajmniej będziesz mogła stanąć na nogi. Znajdziemy jakieś wygodne miejsce do spoczynku - powiedziałam starając się uśmiechnąć.
- Gdzie? - warknęła Iveya. - Naokół rozciąga się pustkowie!
Westchnęłam. Łania miała rację.
- Zaufaj mi - mruknęłam, po czym wspomogłam energetycznie przyjaciółkę. Chwiejąc się lekko stanęła na nogach. Przemieniłam się w wilka i ruszyłam truchtem na północ. Za mną kulała łania. W pewnym momencie stanęłam.
- Iveyo - powiedziałam poważnym tonem. - Pokonałam już znaczną część drogi dzielącą mnie do celu i to kosztem twojego zdrowia. Poślę ci jeszcze trochę mocy, a kiedy poczujesz się pewniej wrócisz do stada - widząc, że łania chce zaprotestować rzuciłam jej groźne spojrzenie. - Poradzę sobie. A teraz... muszę iść sama. 
Posłałam jej ostatnią wiązkę mocy, po czym odwróciłam się i pomknęłam w swoją stronę.
Po jakimś czasie, kiedy krajobraz się zmienił i pędziłam poprzez gęste lasy poczułam rosnące zmęczenie. Odszukałam pobliskie źródło i położyłam się nad nim zmęczona. Nie byłam w stanie choćby sięgnąć doń i napić się przejrzystej wody. Wycieńczona w końcu zasnęłam.
Gdy się obudziłam ponownie dopadło mnie wrażenie bycia śledzoną. Kiedy już chciałam dać sobie spokój nasłuchiwaniu coś drgnęło w pobliskim zaroślach. Zamarłam starając się oddychać jak najciszej. Po chwili, zbyt długiej jak mi się zdawało, spośród drzew wyłonił się jakiś kształt. Zmrużyłam oczy, by mu się przyjrzeć i na moment przestało we mnie bić serce. 
Przede mną stał piękny, młody basior. Smukły i muskularny, pokryty gęstą brązową sierścią przechodzącą gdzieniegdzie w czekoladę i czerń. Jasne oczy spoglądały na mnie bez strachu z pewnym zastanowieniem, na białawym pysku po chwili zakwitł zawadiacki uśmiech. 
Musiałam powstrzymać się całą siłą woli, by nie westchnąć zachwycona.
Basior wyglądał mniej więcej tak:

 
"Jesteś narzeczoną Severusa" - nakazywałam sobie myśleć. - "Kochasz go i nigdy nie kochałaś nikogo innego. Odwróć się i uciekaj. Zapomnij o nim".
Jakkolwiek jednak starałam się odejść tym bardziej moje nogi wrastały w ziemię. Po jakimś czasie nieznajomy przerwał ciszę.
- Kim jesteś? - rzekł cicho głosem aksamitnym, a zarazem bardzo męskim. Zaczęłam ciut szybciej oddychać.
- Po co ci me imię, jeśli i tak zaraz odejdę? - spytałam wpatrując się w niego badawczo. "Muszę wrócić do Severusa" - jęknęłam w duchu. - "Zanim się w nim zakocham"
- Skoro odchodzisz nie zatrzymuję cię - wzruszył ramionami. Odwrócił się i ruszył swoją drogą. 
- Śledziłeś mnie - rzuciłam za basiorem. Obejrzał się na mnie.
- Nie zaprzeczę - wyszczerzył zęby. - Śledziłem cię.
Zmrużyłam oczy.
- Po co? - warknęłam oczekując wyjaśnienia.
Oparł się o pobliskie drzewo i przymknął oczy.
- Może dlatego, że od jakiegoś czasu mnie intrygujesz - wymruczał. Spuściłam wzrok.
Basior podszedł do mnie cicho i spojrzał mi w oczy.
- Tak... - szepnął. - Śledzę cię od jakiegoś czasu. Nie znam twojego imienia, a jednak znam wiele z twojego życia. 
- Od jak dawna?... - jęknęłam.
- Kilka tygodni. Widziałem kiedyś jak wracałaś z polowania. Nie chcę cię podrywać, ale... od kilku tygodni chodzą za tobą ze względu na to, że...
- Że...?
- Że... - urwał. Spojrzał na mnie pytająco, po czym nachylił się i pocałował. Odsunęłam się.
- Nie, proszę. Ja... ja mam już partnera... - w mych oczach zaszkliły się tak dawno widziane łzy. Spoglądał na mnie z bólem.
- Wiem - szepnął, odwrócił się i ruszył powoli we własną stronę. Chciałam za nim biec, ale w tym momencie coś poruszyło się koło mnie. Zza drzew wyłonił się Dixit. Rzuciłam mu wściekłe spojrzenie i pobiegłam za odchodzącym wilkiem, basior mnie jednak zatrzymał.
- Zostaw mnie! - warknęłam. - Muszę go dogonić!
Dixit spojrzał na mnie zdziwiony.
- Kogo? - otworzył szeroko oczy.
Rozpłakałam się. Teraz nie miałam już szans na odnalezienie wilka.

<Dixit? I widzisz co zrobiłeś? xD>

od Dixita - cd. Aishy; do Aishy

Westchnąłem ciężko, patrząc jak zachodzące słońce "całuje" horyzont. Niebo zasnute było chmurami w kolorach tęczy; od fioletowego obłoku na wschodzie, do czerwonej jak krew chmury blisko słońca. Zastanawiałem się, co teraz porabia Aisha. Nie wiedziałem, co ją uraziło. Odeszła. Tylko gdzie?
- Gdybym tylko mógł to wiedzieć... - powiedziałem na głos.
Podszedłem do pobliskiego jeziora i wpatrywałem się w swoje zagubione oblicze, które jaśniało w ostatnich promieniach słońca. Pacnąłem łapą w taflę stawu, rozmywając obraz. Nie wiedziałem, co robić. Czy powinienem iść szukać Aishy? Nie mam gwarancji, że ją znajdę. A poza tym, co to da? Jeśli nie będzie chciała ze mną rozmawiać, to nic nie zrobię.
Zależało mi na przyjaźni tej czarnej wadery. Sam nie wiem, dlaczego. Wtedy przypomniałem sobie o moim najlepszym przyjacielu, Nuce, który kiedyś opisywał mi Aishę. Wydawało mi się to dziwne, bowiem nie opisywał wadery jako przyjaciółki, ale bardziej jako... ukochaną, niezdobytą twierdzę, nieosiągalne pragnienie, wciąż tlące się zauroczenie, którego nic nie jest w stanie zgasić...
Z tego, co wiem, Aisha ma ukochanego. Ba, narzeczonego. Cała wataha zna historię młodej samicy beta i Severusa. Ja także ją znam. Nic dziwnego, że Nuka nigdy nie zdobędzie serca wadery i cierpi z tego powodu. Nie jestem specjalistą, ale wyobrażam sobie, jak ja bym się poczuł, gdybym stracił Virię. Nikt nie byłby w stanie jej zastąpić. Niedługo po jej śmierci, popadłbym pewnie w obłęd; otaczałaby mnie pustka... Wiem, że Nuka zapewne już nigdy nie pokocha innej wadey tak samo jak Aishę... dlatego zostali najlepszymi przyjaciółmi. Co prawda, Nuka liczył na poważniejszy związek, ale przyjaźń jest lepsza od chłodnej tolerancji.

Słońce całkowicie zniknęło i na świecie zapanowała ciemność. Wspiąłem się na najbliższe drzewo i postanowiłem się na nim przespać. Wtedy przypomniałem sobie słowa ojca: "Noc jest do czynów, nie czasem na zbędne pogaduszki i odpoczynek".
To zdanie wryło mi się w pamięć. Zeskoczyłem z drzewa.
Idę poszukać Aishy.

Aisha?



Od Lili - cd. Rey' a - do Rey' a

Uchyliłam lekko oczy. Wstałam, lekko chwiejąc się na łapach. Odkaszlnęłam i spojrzałam w górę. Do moich uszu dobiegł piskliwy głosik, a ja odruchowo odskoczyłam do tyłu. Spojrzałam w dół. Przed moimi łapami stał przedziwny stworek, który wpatrywał się we mnie;


 - Witaj, jak masz na imię? - spytał cichym, nieśmiałym głosikiem.
 - Lili - uśmiechnęłam się. - Gdzie ja jestem?
 - W Krainie Trzech Snów - oznajmił niepewnie.
 - A jak się stąd wydostać?
 - Dlaczego chcesz stąd iść? - spytał przestraszony.
 - No bo... Rodzina na mnie czeka. Muszę wracać.
 - Nie! - krzyknął.
 - Przykro mi. Wracam.
 - Nie możesz! - powtórzył. Zaczął się zwiększać, a jego głos przybrał niską barwę. Tajemniczy stworek zamienił się w.....
 Ogromnego niedźwiedzia. Ryknął głośno, a ja, sparaliżowana strachem i zdumieniem, nie potrafiłam się ruszyć. Bestia ruszyła w mym kierunku i jednym ruchem łapy powaliła mnie na ziemię. Podbiegła do mnie i chwyciła w pół. Zacisnęła szczęki na mych żerach i rzuciła mną o pień drzewa.

 Rey?